Najstarszy żyjący mistrz Polski kończy 98 lat. W urodziny chwyci za kijki i napije się cytrynówki

Mieczysław Kolasa w 2015 roku fot. Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Mieczysław Kolasa, mistrz Polski z 1948 roku w barwach Cracovii, wciąż jest w świetnej formie! 10 stycznia kończy 98 lat. – Prezent? Jak najdłużej być samodzielnym i oglądać Cracovię – mówi nam były piłkarz i trener.

Kiedy w 2015 roku razem z fotografem odwiedziłem pana Mieczysława w jego dwupokojowym mieszkaniu, córka pół żartem, pół serio mówiła, że jej ojciec jest największym uparciuchem na świecie. Od lat prosi, by przeniósł się do jej domu, ale nic może wskórać. Kolasa wciąż mieszka sam w klimatycznej kamienicy przy ulicy Limanowskiego.

Starych drzew się nie przesadza

– Córka ma bardzo dobre warunki, ale dopóki jestem samodzielny i chodzę, nie spakuję się do przeprowadzki. U siebie mam wszystko pod ręką, a jak jest się u kogoś to już trzeba się dostosować. Chcą dla mnie jak najlepiej, ale ja wiem swoje, że wszędzie dobrze, ale w swoich czterech kątach najlepiej – mówi pan Mieczysław.

Rozmawiamy telefonicznie dzień przed 98. urodzinami. Rozmówca szybko podnosi słuchawkę, jeszcze przed czwartym sygnałem w telefonie. Pewnie mnie nie kojarzy, bo od 2015 roku odwiedziło go wielu dziennikarzy, a byli nawet tacy, którzy przyjechali specjalnie z Warszawy. Nie pomoże też zdanie, że piliśmy cytrynówkę domowej roboty, bo pan Mieczysław częstuje nią większość swoich gości. Jak trzeba, to przepis podyktuje.

– Zbliżają się urodziny, więc nawet się więcej flaszek uzbierało. Są też jakieś koniaki i wódki, ale najlepsza jest moja nalewka – podkreśla z wyraźną satysfakcję w głosie.

Nie będę zaprzeczał, cytrynówka była pierwszej klasy. A tempo narzucone przed laty przez pana Mieczysława skończyło się pytaniem naszego fotografa, czy po wywiadzie ma mnie odwieźć do redakcji, czy prosto do domu.

Listopad 2015. Mieczysław Kolasa z córką przeglądają stare zdjęcia i pamiątki
Listopad 2015. Mieczysław Kolasa z córką przeglądają stare zdjęcia i pamiątki


Aktywne urodziny

Dziś pan Mietek wypije za swoje zdrowie kilka kieliszków złotego napoju z procentami. Zajrzy do niego córka i może jeszcze kilku bliskich, ale imprezy na pół Podgórza nie będzie. – Nie można się spotykać w dużej liczbie, bo nawiedziła nas ta straszna choroba [koronawirus]. My starzy jakoś damy radę, ale dla pana i dużo młodszych to straszny czas. Bardzo mi was żal – mówi Kolasa.

Choć urodziny, zwłaszcza 98., to dzień szczególny, pan Mieczysław nie zrezygnuje z innych rytuałów, które są jego receptą na długowieczność. – Jak zawsze wezmę kijki i będę spacerował. W kuchni wciąż stoi rowerek, ale na nim już codziennie nie jeżdżę. Za to obowiązkowa jest gimnastyka, nawet kilka razy na dobę po 15 minut – wylicza.

Jak mówi, dziś dziękuje Bogu za każdy dzień i za to, że może chodzić i być u siebie. To dla niego największy urodzinowy prezent. – Gdy byłem dzieckiem dostawałem coś słodkiego, a później krawat lub lepszą koszulę – wspomina.

Zmartwiony sytuacją z Wdowiakiem

Pandemia zamknęła stadiony przed wszystkimi kibicami, więc jubilat odcięty jest od informacji z pierwszej ręki. W grudniu 2019 wziął udział w klubowej wigilii na stadionie, a kilka miesięcy później świat opanował koronawirus. Zostały mu transmisje meczów i codzienna prasówka. Doskonale orientuje się jednak w tym, co piszczy w jego ukochanych Pasach. I nie boi się skrytykować, choć 2020 rok był najlepszym od lat, z Pucharem i Superpucharem Polski dla krakowskiego klubu.

– Wciąż nie podoba mi się gra. Nie ma na co zwrócić uwagi – podkreśla. – Smuci mnie też sytuacja Mateusza Wdowiaka. Wina w sprawie kontraktu leży pewnie po obu stronach. Dziś w piłce rządzą pieniądze. Nie podoba mi się jednak karanie piłkarza zesłaniem do rezerw. Nawet wrogów trzeba miłować, a co dopiero przyjaciół! Wdowiak straci, bo nie gra, i klub straci. Mogli sobie podać ręce i rozejść się w zgodzie – uważa.

Przypomina swoją historię. Choć z Cracovią w latach 1948-1952 wywalczył wszystkie kolory medali mistrzostw Polski, nie zawsze było różowo. Po jednym z wyjazdowych spotkań bardzo rozbolała go noga i z trudem doszedł do pociągu, który jechał w stronę Krakowa.

– Nikt się mną nie zajął, drużyna i reszta wyszli z pociągu i zostawili mnie na dworcu. Sam szukałem taksówki, a potem dwa tygodnie leżałem w domu. Przedstawiciel klubu przyjechał do domu, gdy nie przychodziłem na treningi. Dopiero wtedy załatwili lekarza – wspomina.

 

comments powered by Disqus