Jaki ojciec, taki syn? Łukasz i Mateusz Surma, czyli punktualność i Top Gear

fot. Garbarnia Kraków

Łukasz przeglądał wycinki gazet, zamykał oczy i próbował sobie wyobrazić grę ojca. Mateusz był naocznym świadkiem kariery taty. Do dziś pamięta, jak kopali piłkę w przydomowym ogródku w Izraelu.

– Gdy patrzę na syna, to trochę widzę siebie sprzed lat – mówi Łukasz Surma, były już trener Garbarni, który zakończył dwuletnią współpracę z krakowskim klubem. W barwach Brązowych pozostaje jego starszy syn, Mateusz. W czerwcu, w miesiącu, w którym obchodzimy Dzień Dziecka i Dzień Ojca, rozmawiamy z nimi nie tylko o piłce.

Łukasz, rekordzista ekstraklasy z 559 występami, piłkę wyssał z mlekiem matki. Choć mama, jak prawie każda mama, nie była z tego powodu szczególnie szczęśliwa. Nie miała jednak szans, bo brzydsza płeć w rodzinie Surmów z piłką jest związana od pokoleń nie tylko w rolach piłkarzy czy działaczy, ale także kapelana i dziennikarza sportowego.

Prawie 40 lat temu na krakowskim podwórku – i nie tylko – każdy chciał być jak Diego Maradona. Argentyńczyk miał boskie przymioty, był  jedynyny w swoim rodzaju. – Biegaliśmy za piłką do upadłego, a największą karą było siedzenie w domu. Nie lubiłem przegrywać na boisku i poza nim. Zawsze byłem ambitny, przeżywałem porażki, i to zostało mi do dziś – mówi niespełna 44-letni trener.

Otwarty ojciec, otwarty syn

Łukasz był dobrym uczniem, bez problemów zdał maturę. O nauce przypominała mu mama, nauczycielka geografii. Z nią też głównie dzielił się smutkami. Z ojcem Fryderykiem też rozmawiał, ale rzadziej, główn na typowo męskie tematy. Uważa, że był otwartym dzieckiem, nie dusił w sobie problemów, i podobnie stara się wychowywać swoje dzieci.

– Rodzice wiele razy mi pomogli. Mamy dobre relacje, rozmawiamy. Nie uważam, że byłem trudnym dzieckiem, choć wiadomo, że bójki z młodszym bratem zdarzały się dość często. Kary były dość krótkie, aż się uspokoiłem – mówi 19-letni Mateusz Surma.

Jego dziadek, Fryderyk, grał w piłkę przede wszystkim w Wawelu i Cracovii. Skończył, gdy Łukasz miał kilka lat. Do emerytury pracował jako technik dentystyczny. Nie myślcie, że z tego powodu przyszły piłkarz, a potem trener Surma nie bał się dentysty. Bał się, i to bardzo.

Łukasz nie pamiętał ojca z boiska, nie mógł też – jak jego dzieci – odtworzyć sobie meczu z płyty lub puścić w Internecie.

– Tymczasem bardzo byłem ciekawy jak tata grał. Mogłem się o tym dowiedzieć, przeglądając wycinki gazet, które były w naszym domu – opowiada. Zamykał więc oczy i próbował to sobie wyobrazć.

Fot. Garbarnia Kraków
Fot. Garbarnia Kraków


Kto miał lepiej

Za piłką gonił po podwórku, reprezentował szkołę w wielu dyscyplinach, a jako ośmiolatek zapisał się do Wisły.

Pytamy go, kto miał lepsze warunki. On – u schyłku PRL czy dzieci – w nowej rzeczywistości.

– Może się pan zdziwi, ale uważam, że ja miałem lepiej. Mój młodszy syn trenuje w Wiśle, ale treningi mają rozsiane po całym Krakowie. Na co dzień nie mają kontaktu z seniorami, którzy przenieśli się do Myślenic. Moje roczniki trenowały obok stadionu lub w nowej hali Wisły, a bohaterowie byli na wyciągnięcie ręki. Wielkie nazwiska, medaliści mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich, były obok nas – mówi Łukasz Surma.

Obaj synowie postawili na piłkę, ale Łukasz z żoną dbają, by byli gotowi, gdy na boisku nie wyjdzie. – Wiem, ile w życiu sportowca potrzeba wyrzeczeń. Wiem, że często o powodzeniu lub niepowodzeniu decyduje przypadek, że to ciężki kawałek chleba, a nie ma żadnej gwarancji sukcesu – podkreśla.

Mateusz ma za sobą pierwszy sezon w II lidze, studiuje na Uniwersytecie Pedagogicznym. Wiosną podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt. Czy teraz będzie miał łatwiej w szatni, bo zespołu nie będzie prowadził jego ojciec?

– Widziałem, że czasem to stanowi dla niego problem. Jestem trenerem, który wchodzi do szatni, gdy musi, pozostawiam tę przestrzeń przede wszystkim dla graczy – podkreśla Łukasz.

– Czasem czytam, że to i tamto zawdzięczam ojcu. Nie przejmuję się tym, ale też nie zabraniam ludziom wygłaszać swojej opinii – odpowiada Mateusz.

Co Mateusz ma po Łukaszu?

Na poważnie zaczął trenować w Gdańsku, gdy ojciec grał w Lechii. Pamięta także zagraniczne wojaże taty, który za karierę i chlebem wybrał się także do Austrii i Izraela. – Często kopaliśmy piłkę, ale najbardziej w głowie utkwiły mi chwile z Izraela. Mieliśmy bardzo ładny ogródek i tam spędzaliśmy wolny czas z piłką – wspomina Mateusz.

Czy Łukasz widzi w starszym synu siebie przed lat? – Jest ambitny i przyjeżdża do klubu na długo przed zbiórką. Czasem podkrada mamie kluczyki do samochodu (śmiech). Tyle lat grałem w piłkę i nigdy się nie spóźniłem. Mateusz chyba ma to po mnie – odpowiada.

Mateusz: – To nie jest tak, że mama nie wie. Nie mam jeszcze swojego auta i czasem skorzystam. Do klubu jeździmy osobno, tak powinno być.

W domu nie udaje się uniknąć piłkarskich tematów. Bywają ostre spory, bo Mateusz kibicuje Cristiano Ronaldo i Realowi Madryt, a Łukasz wraz z młodszym synem wolą Barcelonę. Starają się jednak, by czas dla rodziny był wolny od problemów z pracy. Łukasz i Mateusz lubię wygodnie usiąść i zobaczyć kilka odcinków programu motoryzacyjnego Top Gear.

comments powered by Disqus