Derby. Były kierownik Cracovii: Nie ma widoków, że będzie lepiej

Tomasz Siemieniec fot. https://www.facebook.com/PasiasteFoty/

Cracovię wybrał z przekory, ale potem zakochał się w niej na zabój. Ma pasiasty sygnet, pasek do spodni i tatuaż. Przy sobie zawsze nosi blaszkę z napisem „Boże chroń Cracovię”. Do końca lipca, przez siedem lat był kierownikiem drużyny. Nie przesadzimy, że najbardziej rozpoznawalnym w Polsce. Przed Wami Tomasz Siemieniec, który za Pasami pójdzie do końca, ale aktualnie nie widzi dla niej różowej przyszłości. 196. Wielkie Derby Krakowa już w niedzielę o godzinie 18 na stadionie przy ulicy Kałuży.

Michał Knura, LoveKraków.pl: Gdyby ktoś śledził tylko pana konto na Facebooku, i tak sporo się dowie o Cracovii. Udostępnia pan teksty z różnych mediów, a pod koniec września zmienił zdjęcie profilowe na obrazek z napisem „Cracovia Pany”. A to oznacza, że nadchodzą derby. Ciśnienie rośnie?

Tomasz Siemieniec: Pierwszy raz mniej, niż zwykle. I nie chodzi tu o moją sytuację, ale o brak kibiców obu drużyn. To z góry ogranicza emocje. Na stadionie się pojawię, bo znajomy zaprosił mnie do skyboxa.

Wolałbym też, byśmy podchodzili do rywalizacji z Wisłą z innej pozycji. Za trenera Jacka Zielińskiego nie przegraliśmy czterech kolejnych meczów, zwyciężyliśmy przy Reymonta. Takiej serii długo nie będzie. Nie gramy dobrze, a widoków, że będzie lepiej, nie ma.

Wisła z kolei złapała lekką zadyszkę.

Ostatnie mecze mieli słabsze, ale dobrze się ich ogląda. Grają w piłkę, czego o Cracovii nie można powiedzieć. U nas jest boiskowy marazm.

Motywował pan zespół przed derbami?

Mówiłem, co dla mnie znaczą. Piłkarze widzieli, jak się zachowuję, jak podtrzymuję napięcie. Jednak często słowa były zbędne.

Bardziej przeżywał pan te spotkania jako piłkarz czy kierownik?

Zdecydowanie w tej drugiej roli. Graliśmy z rezerwami Wisły – chyba nawet strzeliłem gola – była rywalizacja w II lidze, ale nie da się tego porównać z emocjami, jakie towarzyszyły mi w ostatnich latach.

Pamiętam te najpiękniejsze i najsmutniejsze chwile. Gdy spadaliśmy z ekstraklasy, wiślacy puścili „Time to say goodbay” i świecili nam komórkami i zapaliczkami. Albo zwycięskiego gola w ostatniej akcji Mirka Covili. Przewidziałem scenariusz tego meczu i kibice mogą to potwierdzić. Gdy spotykałem ich na mieście mówiłem: bramka głową w 90. minucie. Tak było.

To będą inne derby. Bez kibiców, bo na stadion wejdą tylko dzieci. Po raz pierwszy od siedmiu lat nie będzie też pana w roli kierownika drużyny. Decyzja o odejściu była zaskoczeniem. Długo w panu dojrzewała, czy był to impuls?

Czasem myślałem, gdy były trudne momenty, a tych przecież nie brakowało. Jednak myśleć a robić to dwie zupełnie innej sprawy. W lipcu decyzja była bardzo szybka. Z dnia na dzień.

Z kimś ją pan skonsultował?

Tylko z żoną. Bardzo się ucieszyła, bo stosunek godzin spędzonych w pracy z czasem w domu zmienił się diametralnie na korzyść rodziny. Kokosów nie zarabiałem, więc nic nie straciłem… Może poza jednym, bo była to dla mnie wymarzona praca w ukochanym miejscu.

To była wyłącznie moja decyzja. Nikt mnie nie wyrzucił, nie zmusił do jej podjęcia. Mógłbym to robić nadal, ale…

Ale nie chce pan jeszcze mówić. Teraz jest pan…

Kierownikiem produkcji.

Powrót do Cracovii jest wykluczony?

Nie, bo to mój klub. Klub, któremu kibicuję od dziecka, w którym grałem i straciłem trochę zdrowia. Nie odmówię, ale pod pewnymi warunkami. Musiałby zaistnieć... splot pozytywnych okoliczności.

Jak został pan kierownikiem?

Rozmawiałem z Tomaszem Rząsą, który chciał zbudować sieć skautów Cracovii. Miałem pracować na terenie kraju i szukać piłkarzy. Jednak zastąpiłem pana Macieja Madeję w roli kierownika, bo miał już swoje lata. On się cieszył, że trafiło na mnie, a ja że mogę robić to co lubię w tak ważnym dla mnie miejscu. Wydawało się to idealnym rozwiązaniem. Później się okazało, że nie do końca tak było. Dużo można by mówić, ale i tak było fajnie.

Żona pytała, kogo pan kocha mocniej?

To tak samo silna miłość. Do żony i córki oraz do Cracovii.

Obie miłości wymagały dużo poświęceń. Dla Cracovii rezygnował pan z lepiej płatnej pracy w stolicy.

Jeżeli chodzi o nasz związek, to zdecydowanie więcej poświęciła żona. Bardzo jej za to dziękuję, bo wiem jak trudno było, gdy przez 1,5 roku po moim powrocie do Krakowa żyliśmy na odległość.

Potem w domu byłem gościem, bo kierownik nie pracuje od 8 do 16. A gdy już wracałem po całym dniu, to przenosiłem emocje z szatni do naszego życia. Dziś mam więcej czasu dla rodziny, ale Cracovia to i tak w domu temat numer jeden.

Jeżeli chodzi o moją wcześniejszą pracę to rzeczywiście zarabiałem lepiej. Potem się to trochę poprawiło, ale w klubie moja odpowiedzialność była nieporównywalnie większa.


Fot.: media społecznościowe T. Siemieńca

Odpowiadał pan za sprawy, które w wielu klubach ma na głowie kilka osób.

Tak w Cracovii jest, że zakres obowiązków kierownika jest bardzo szeroki. Pracowałem podczas meczu, dbałem o sprzęt, liczyłem kartki, zgłaszałem zawodników, organizowałem sparingi i zgrupowania. Nie było się z kim podzielić, więc mogłem sobie to zlecić sam sobie.

Żona chodzi na mecze Cracovii?

Regularnie pojawiają się rodzice, choć mój ojciec kiedyś był bardziej kibicem piłki jako takiej, a nie Cracovii. Żona i córka kiedyś chodziły, ale przestały z tylko mi znanych powodów, o których nie chcę mówić.

Jak teraz wybieram się na mecz wyjazdowy, to zabieram żonę ze sobą. Ja mam to, co chcę, a potem zostajemy na weekend i zwiedzamy dane miasto, miasteczko.

A piłką się interesuje?

Jest wielką fanką polskiej ligi. Ja mam Facebooka i tyle. A ona dużo czyta i jak coś się dzieje, to dowiaduję się od niej.

Nie lubi pan o sobie czytać.

Unikam tego, bo wiem, jaki jestem. Nawet gdy jest o mnie 20 pochwał i jeden negatyw, to będę przeżywał te krytyczne słowa.

Lubi pan porządek?

Muszę i mam. Widziałem szatnie innych zespołów po wyjściu piłkarzy. Do naszej nie musiała wchodzić sprzątaczka. Piłkarze się z tego śmiali, bo dbałem o najmniejszy szczegół.

Był pan bez reszty poświęcony pracy w klubie. Na Facebooku pojawiały się nawet transmisje z szatni!

Raz wrzuciłem, bo akurat mieliśmy zakaz wyjazdowy, i kibicom się spodobało. Dlatego potem było to regularne z domu i wyjazdu. Kto chciał, ten oglądał.

Wiele osób namawiało na zmianę decyzji o odejściu?

Niektórzy próbowali, ale od razu widzieli, że nie ma szans na negocjacje. Wszyscy byli totalnie zaskoczeni, bo znali mój stosunek do Cracovii. Co ciekawe, pisało wielu kibiców Wisły, bo mam sporo kolegów i znajomych, którzy są za tym klubem.

Gdybym miał wymieniać charakterystyczne postacie Cracovii w XXI wieku, to jest pan jedną z nich. Nie był pan anonimowym kierownikiem. Znakiem rozpoznawczym były getry i szalik w pasy.

Niektórych irytowało, że tak się afiszuję, ale ja byłem i pozostanę sobą.

Przede wszystkim kibicem Pasów.

Cały czas czuję wsparcie od większości kibiców. Jestem jednym z nich, ostatnio pojechałem na mecz do Sosnowca. Była okazja do powspominania dawnych wyjazdów.

Nie znam piłkarza, który powiedziałby o panu złe słowo.

Może ktoś by się znalazł, ale rzeczywiście mam świetny kontakt z byłymi zawodnikami. Obecni też często dzwonią. Młodych traktowałem jak swoje dzieci, bo mam od niech starszą córkę.

Jaki powinien być dobry kierownik?

Taki, który nie tylko załatwia formalności, a jest w stanie wysłuchać, doradzić, pocieszyć, wyprostować pewne sprawy.

Albo przypilnować mieszkania.

Vladimir Boljević zadzwonił do mnie, że za chwilę ma trening, a zepsuł się mu zamek w drzwiach. Pojechałem więc do niego, pilnowałem i załatwiłem ślusarza. A on mógł jechać do klubu na zajęcia.

Zdarzało się panu kryć piłkarzy?

W klubie nie, na zewnątrz się zdarzało.

Wpadki były?

Nie takie, jak kiedyś w Legii w europejskich pucharach, ale czasem robiło się cieplej. Ostatnio Arka Gdynia musiała przyjechać do Krakowa autobusem, bo klub zarezerwował bilety lotnicze na zły dzień. U nas też kiedyś tak było, ale na szczęście zorientowaliśmy się tydzień przed i wszystko udało się odkręcić. Nie była to do końca moja wina, bo przekazałem komuś, by powiedział coś jeszcze innej osobie, ale. I tak czułem się z tym źle.

Zawsze starałem się być przygotowany na każdą sytuację, dlatego woziłem w bagażniku wiele –wydawałoby się – niepotrzebnych rzeczy.

Jak chłopiec wychowujący się na wiślackim osiedlu XX-lecia mógł zakochać się w Cracovii?

Chyba wybrałem Pasy z przekory. W życiu każdego człowieka jest moment, gdy musisz się na coś zdecydować i opowiedzieć po którejś stronie. Na początku to była przekora, ale zacząłem chodzić na mecze i tak zostało. Potem grałem w Pasach, więc wyszło naturalnie.

Spełnił się pan jako piłkarz?

Miałem szansę osiągnąć więcej, ale to były inne czasy. Miałem zapytania z Polski, testy w drugoligowym Westerlo z Belgii, ale się nie udało. Piłkarze mieli mniej praw, a kluby mogły dyktować ceny, jakie im się podobały. Trudno mi powiedzieć, czy żałuję. Trzeba z tym żyć, a nie płakać nad rozlanym mlekiem.

Jako jeden z nielicznych wie pan, co po kontuzji twarzy czuł Miroslav Covilo.

Miałem wiele urazów, które wynikały z mojego stylu gry, bo nigdy nie odpuszczałem. Dlatego już w Warszawie, gdy pracowałem i grałem w klubie z niższej ligi, bardzo ucierpiałem. Do dziś mam pamiątkę na twarzy, byłem poharatany.

Bardzo przeżywałem kontuzje zawodników. Tak było z Mirkem, którego codziennie odwiedzałem w szpitalu. Tak było z Damianem Dąbrowskim, czy Marcinem Budzińskim, który podczas zgrupowania na Słowacji szybko musiał się znaleźć w szpitalu i przejść operację, bo mógł umrzeć.

Łatwo mnie rozczulić, dlatego gdy jestem w euforii lub dzieje sięcoś złego, mam szklane oczy. Nigdy nie płakałem przez piłkę, ale oczy często mówią same za siebie.

Jest pan również impulsywny.

Impulsywny, ale kulturalny. Przez siedem lat sędziowie mnie serdecznie upominali – bo zdarzyło się mi po golu wbiec w pole karne – ale nigdy nie wylądowałem na trybunach.

A trenerom nie przeszkadzało, że za bardzo tym wszystkim pan żyje i czasem kradnie show?

Nie potrafiłbym się zmienić. Być może ktoś tak myślał, ale nie usłyszałem tego wprost.

Nosi pan jeszcze ze sobą blaszkę z napisem „Boże chroń Cracovię”?

Cały czas jest w plecaku razem z breloczkiem od córki. Mam też pasiasty pasek i sygnet, ale nie afiszuję się tym na co dzień.

Tak samo jak z tatuażem na plecach?

Jest tylko dla mnie. Gdybym chciał, by wszyscy widzieli, zrobiłbym go sobie w innym miejscu.

Miał pan do Boga pretensje, że nie chroni Cracovii? Mało się jej ostatnio udaje.

Oczywiście, bo jestem kibicem. Dla mojego pokolenia ekstraklasa była czymś dużym, bo wyszliśmy z niebytu. Ale dla młodszego kibica to chleb powszedni i nie dziwię się, że przychodzi ich na stadion mniej. Oni są, ale sporo wybiera telewizję. Nie ma sukcesu, nie widać, by szło to w dobrą stronę, to nie ma kibica. Jest za to marazm. Żałuję, że z Jackiem Zielińskim tak niewiele zabrakło nam do podium.

Wierzy pan w zdrowe relacje między kibicami Cracovii i Wisły, brak wyzwisk, chełpienia się morderstwami?

Ja dopinguję Cracovię. Mocno, nie wstydzę się tego, ale dla mnie liczy się tylko pozytywny doping. Nie mam kompleksów, więc nie obrażam innych.

O Wiśle nigdy nie śpiewałem piosenek z przekleństwami. Mam tylko jedną ulubioną, bez wulgaryzmów. Taką rubaszną. Ale zostawię ją dla siebie.

Przed derbami często pojawia się problem proporczyków. Ktoś kiedyś oskarżył pana, że wyrzucił proporczyk Wisły.

Nigdy tego nie zrobiłem. Nie braliśmy go do szatni, ale zawsze komuś dawałem: kierownikowi ochrony Wisły, stewardowi lub kibicowi. Mam za to zdjęcie, jak nasz proporczyk leży za ławką Wisły. Tak nie powinno być. Szacunek przede wszystkim.

Przejmował się pan wyzwiskami kibiców?

Z czasem przestałem zwracać uwagę na pojawiające się inwektywy. Trochę ich rozumiem, bo wiem, jaka tym meczom towarzyszy adrenalina. Kiedyś miałem spięcie z fanem Wisły. Po meczu siedzący obok niego na stadionie napisali do mnie, żebym się nie przejmował, że oni się z nim nie identyfikują i przepraszają.

Zdjęcia: Cracovia w obiektywie


comments powered by Disqus

Najnowsze wiadomości

Wczytaj więcej

Piłka nożna

Sporty halowe

Infrastruktura

Fitness i zdrowie

Bieganie

Inne